
U-Booty i góry Harz
Nosiłem się z zamiarem takiego tripu już od kilku lat. Przeważające kierunku motocyklowych podróżników to Nordkapp, Rumunia, alpejskie winkle, moooże Maroko (gdzie również mnie kusi żeby się w końcu wybrać).
Ja chciałem inaczej. Raz - że jak zwykle solo. Dwa - Niemcy jakoś rzadko się przewijają w Moto blogach, vlogach i innych. Trzy - tu jest kawałek ładnej natury i ciekawej historii.
Pierwszy dzień - jak zawsze - tranzytowy. Z Gdańska wyjechałem o 16, szybki przelot nowo oddaną S6 (ostatnio staram się unikać dróg szybkiego ruchu, ale też byłem ciekawy jak nowa trasa się sprawdza. I się nie zawiodłem, widoki były, nudy nie było).
Zjechałem do Kołobrzegu i stamtąd już nadbrzeżnymi drogami zajechałem do Mrzeżyna, a następnie do Trzęsacza. Oczywiście nie mogłem odpuścić obejrzenia tego, co jeszcze zostało z kościoła na klifie. A że akurat trafem na zachód słońca, dopełniło to klimatu.
Dalszy plan był taki, żeby dojechać na wyspę Wolin i tam się rozbić w lesie (legitnie, w ramach programu Zanocuj w lesie). Niestety, po wspomnianym zachodzie zaczęło się robić szybko ciemno, musiałem więc się rozbić gdzieś przy polu kukurydzy. Skoro świt planuję się stąd zawinąć, więc nikomu raczej nie uprzykrzę tym życia.
Była jeszcze taka sytuacja - wywrotka na skrzyżowaniu. Przy ruszaniu dodałem za mało gazu, zgasł silnik. 250 kg motocykla zwaliło się na asfalt. Będzie do zespawania plastik przy kierunkowskazie. Ale - jak przygoda, to przygoda. No worries. Keep driving.
Kolejny dzień to wjazd do Niemiec, następnie długa na północ na wyspę Witt. Nic z tego nie wyszło, po przejechaniu 3-km mostu na wyspę wpadłem w korek spowodowany wypadkiem na jedynej przelotówce w głąb wyspy. Pani policjantka zakomunikowała mi (po tym jak ominąłem kilka kilometrów korka) że dalej nie pojadę w trudnej do przewidzenia przyszłości…czekają na lawetę.
No nic, zawróciłem i skierowałem się na kolejny punkt trasy - Ahrenshoop. Małe miasteczko nadmorskie, takie skrzyżowanie Sopotu ze skansenem - z jednej strony ażurowane budynki pomalowane na biało, z drugiej - chaty kryte gontem. Urokliwe. Zjadłem tam lokalny specjał (bułka z rybą i remuladą) i pojechałem w stronę kolejnego punktu, którym był Wismar - hanzeatyckie miasto z na pół zrujnowanym przez alianckie naloty kościołem Św, Jerzego. Po kolacji, obowiązkowym pilsie i przenocowaniu nadszedł czas na bardziej emocjonujący dzień jazdy.
U-booty. To była jedna z głównych motywacji tego wyjazdu- zwiedzanie niemieckich łodzi podwodnych z okresu II Wojny Światowej. Pierwszy był U955 - u boot typu VIIC/41, jeden z niewielu ocalałych z operacji Deadlight (niszczenia floty Kriegsmarine po 1945 r,). Brał aktywny udział w działaniach wojennych, zatopił kilka radzieckich jednostek. Pełni obecnie funkcję muzeum i jest wystawiony na plaży w Laboe koło Kilonii. Można wejść do środka, obejść dookoła i dokładnie go zbadać.
Następnie udałem się do Bremerhaven (udało mi się w ostatniej chwili załapać na prom przez Łabę), gdzie w doku stoi kolejny majstersztyk III Rzeszy - U2540 „Wilhelm Bauer”, bardzo zaawansowana konstrukcja z końca wojny - U-boot typu XXI. Do środka wbiłem się po zamknięciu kasy, ale pozwolono mi na obejście całego okrętu. Widać różnicę w stosunku do poprzedniej łodzi podwodnej.
Po tak emocjonującym dniu udałem się szukać noclegu, zaś następnego dnia rano pojechałem do Bremy (szybka kawa na rynku) i dalej, na południe. Zjadłem drugie śniadanie w Nienburgu, miejscowości jak żywcem wyjętej z Kindom Come - Deliverence. Następnie podjechałem pod Zamek Marienburg (do środka którego niestety nie można wejść z powodu remontu). Koniec dnia to już było Wernigerode - brama do Gór Harzu. Po drodze udało mi się pokręcić nieco po górskich serpentynach, ale nadchodząca burza przyspieszyła chęć zatrzymania się w suchym miejscu. Samo Werningerode to kolejny must-see. Miasteczko prawie w całości zbudowane z muru pruskiego z górującym nad nim wzgórzem zamkowym (budowa zamku Werningerode, zwanego niemieckim Hogwartem, sięga XII w.). Przepiękne, chciałbym jeszcze móc tu wrócić na nieco dłużej.
W tym momencie uznałem że czas już na koniec wycieczki. Następnego dnia szybki przelot do Polski, noc pod namiotem w miejscu przeznaczonym do spania w ramach programu Nocleg w lesie, po drodze jeszcze krótki pobyt w Bornym Sulinowie i na zamku w Bytomiu i powrót do Gdańska.
Cała przygoda zajęła 6 dni, częściowo zaplanowane, częściowo na spontanie, nie do końca wiedziałem czego się mogę spodziewać po drodze, ale na pewno Niemcy mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły. Utwierdziły w tym że warto wybierać nieoczywiste kierunki podróży.
Spotykałem oczywiście motocyklistów, czasami jechałem razem z nimi, żaden nie był z Polski. Oprócz jednego - pozdrawiam przemiłego rajdera z Gdańska, który na skuterze 125 jedzie trasą do Hiszpanii, szacun dla niego!
Trasa wyprawy
Kadry z tej wyprawy

Ready to ride
Rębiechowo

'Morning
Troszyn

U995
Laboe

U995
Laboe

U2540
Bremerhaven

Brema
Brema

Schloss Marienburg
Schloss Marienburg

Nienburg
Nienburg

Nienburg
Nienburg

Hildesheim
Hildesheim

Wernigerode
Wernigerode

Zanocuj w lesie
Ptostynia